Reklama

miesięcznik lokalny
WIADOMOŚCI

Bieżanów, Bieżanów Nowy, Kozłówek, Kurdwanów, Łagiewniki, os. Cegielniana, Piaski Nowe, Piaski Wielkie, Prokocim, Prokocim Nowy, Rżąka, Swoszowice, Wola Duchacka Wschód
i Zachód.
Park Duchacki
Park Rzeczny Drwinki
„W” na FACEBOOKU
Napisz do nas!
Coś ciekawego dzieje się w Twojej dzielnicy?

Poinformuj nas, prześlij zdjęcia: wiadomości.krakow@wp.pl

Z pokolenia na pokolenie przekazywano ambicje naukowe, pracowitość, obowiązkowość i przekonanie, że najwyższą wartością jest Ojczyzna, Polska i jej kultura narodowa. I że jej należy służyć, ją pielęgnować, o nią dbać ze wszystkich sił. Przekazywano zwyczaj gromadzenia wiedzy i doświadczeń i przekazywania ich dalej, jako najcenniejszego spadku rodzinnego i dobra społecznego.

Pamiętam jak dziś, że mając lat dziesięć, może jedenaście, grając z koleżankami szkolnymi „w klasy” i podskakując na jednej nodze, skandowałam rytmicznie:

„Estreichery, Mehoffery,

to prawdziwe krakauery…”

albo:

Ronikery, Estreichery,

Krakauery z wyższej sfery…”

Wówczas, w zamierzchłych czasach mojego dzieciństwa – chociaż już to i owo słyszałam – naprawdę nie wiedziałam kim byli ludzie służący nam jako tło muzyczne w klasowych rozgrywkach. Nie wiedziałam też wówczas i nie wiem do dziś, kto napisał te – najwyraźniej kabaretowe humorystyczne rymowanki (przyśpiewki ?). Może zrodziły się za kulisami „Zielonego Balonika”? może powstały w Jamie Michalikowej? Może napisał je Konstanty Krumłowski lub Adam Polewka? A może Anatol Krakowiecki do jednej z „Szopek”, jakie wystawiał w teatrze „Gong” przy ulicy Rajskiej? Może podchwycił je gdzieś, anonimowo, któryś z podwórzowych minstreli i – przekazując dalej – sprawił, że słowa zbłądziły pod dziecinne strzechy? Jak to było naprawdę, już się pewnie nigdy nie dowiem, bo zbyt dużo upłynęło lat i wody w Wiśle, zbyt dużo kilometrów lądowych i powietrznych dzieli mnie od rodzinnego miasta, abym mogła, jak po nitce do kłębka dojść do źródeł tych piosenek. A i ludzi z mojego pokolenia coraz mniej, a ci, którzy żyją jeszcze, maja inne zmartwienia…

Natomiast wiem na pewno, że w krótkim czasie po tych turniejach klasowych (czy dziś małe dziewczynki krakowskie grają jeszcze „w klasy”? czy może uważają, że to zbyt dziecinne i wolą telewizję?) już wiedziałam kto to są „Mehoffery, Estreichery i Ronikery”, a także co znaczy nie tyle pejoratywne, co śmieszno–uszczypliwe określenie „krakauery”. I wcale mnie nie bolało ani nie gniewało, gdy ktoś z Warszawy, Radomia lub Kielc mówił o mnie „krakauerka”, skoro tym przydomkiem obdarzono takie znakomitości, jakie wymieniłam powyżej!

Nie pamiętam już, czy w latach mego dzieciństwa i dorastania naukowcy, rektorzy, profesorowie uniwersyteccy i dyrektorzy bibliotek cieszyli się aż taką estymą wśród tzw. „szarych obywateli” Krakowa i byli tak rozpoznawalni, jak dla przykładu rektor UJ-tu, hrabia Stanisław Tarnowski, dla którego – jak głosi legenda – motorniczowie tramwajów zatrzymywali pojazdy, aby mógł spokojnie i dostojnie przejść przez jezdnię z ulicy Straszewskiego do Collegium Maius. Pamiętam natomiast i wiem z własnych obserwacji, że panowie – mijając na ulicy postacie ze świata uniwersyteckiego – uchylali kapelusza „w uznaniu zasług dla nauki polskiej” – jak nam wyjaśniał, hołdujący temu pięknemu zwyczajowi mój Ojciec. Wiem też, że ukłon i szacunek dla umysłów był w naszym mieście dość powszechny. Pamiętam też – naprawdę jakby to wczoraj było – dzień, w którym z obozu koncentracyjnego w Sachsenhausen-Oranienburgu powrócili do miasta i domu profesorowie Uniwersytetu Jagiellońskiego (działo się to na początku lutego 1940 roku. Hitlerowcy wskutek protestu całego świata naukowego zwolnili z obozów najstarszych wiekiem profesorów. Łącznie 6 listopada 1939 r. zwabiono do Collegium Novum i aresztowano 183 profesorów UJ i AGH. Akcja ta nosiła kryptonim „Sonderaktion Krakau”. W jej wyniku w obozach koncentracyjnych zginęło 20 luminarzy polskiej nauki – przyp. red.). Jak każdego z uwolnionych – gdziekolwiek ich spotkano – witano uśmiechami, ukłonami, uszczęśliwionymi, serdecznymi gestami rak. Było to w zimny, mroźny, lutowy dzień. W ponurym i groźnym okresie okupacji – prawdziwe święto całego Krakowa.

Mając to wszystko w pamięci: śmieszne rymowanki z dzieciństwa i późniejszy respekt, jakiego mnie nauczono, jaki we mnie wpojono dla przedstawicieli świata naukowo-profesorskiego – z wielkim wzruszeniem wzięłam się do czytania i omówienia sagi rodzinnej pt. „Estreicherowie” pióra Krystyny Grzybowskiej (de domo Estreicherównej). I zaraz na wstępie pragnę podkreślić, że jest to książka fascynująca, w której płyną równoległe dwa nurty: osobisty, rodzinny, domowy i ogólny naukowo-artystyczny, profesorski. Nie wiadomo który bogatszy i większego podziwu godny, bo tak się te dwa nurty wzajemnie łączą, splatają, tak ściśle do siebie przylegają, że tworzą jedną, nierozerwalną całość. I śmiało możemy powtórzyć to, co napisano na okładce książki, że „…Estreicherowie to barwna saga rodziny, która przez lata współtworzyła narodową kulturę, to również obraz historii Polski, odkrywanej na nowo przez losy jej najlepszych obywateli”.

A lista tych najlepszych jest imponująca. Otwiera ją Augustyn, nie wiadomo kiedy urodzony i kiedy zmarły. Wiadomo jednak, że musiał być człowiekiem ambitnym, skoro już następny z rodu, Józef Karol (?–1780) był lekarzem i równocześnie właścicielem browaru, a jego brat Dominik, malarzem. Po nim Dominik Franciszek (1750-1809) [Dominik a Paulo Franciszek Oesterreich, Oesterreicher Moravus Iglaviensis] – również malował i był profesorem rysunku w Szkole Głównej Koronnej, jak nazywano kiedyś Uniwersytet Krakowski. Jego syn, Alojzy Rafał (1786–1852) był botanikiem i rektorem Uniwersytetu Jagiellońskiego, a syn Alojzego – Karol Józef Teofil „Starszy” (1827–1908) był bibliografem i dyrektorem Biblioteki Jagiellońskiej. Miał ośmioro dzieci: sześć córek i dwóch synów. Syn Stanisław Ambroży (1869–1939) był prawnikiem i rektorem Uniwersytetu Jagiellońskiego (zamęczonym w obozie koncentracyjnym w Sachsenhausen-Oranienburgu), jego brat Tadeusz (1871–1952) był chemikiem i profesorem Uniwersytetu Jagiellońskiego, a siostra Maria (1876–1966) doktorem filozofii, nauczycielką i badaczką dziejów Krakowa. W następnym pokoleniu, córka Stanisława Ambrożego, Krystyna (1902–1963), po mężu Grabowska, autorka książki o Estreicherach, jest znaną dramatopisarką i krytykiem teatralnym. Uprawiała też twórczość prozatorską. Jej brat, Karol Rafał „Młodszy” (1906–1984) był historykiem sztuki i profesorem Uniwersytetu Jagiellońskiego, natomiast syn Tadeusza, Zygmunt (1917–1993) muzykolog, był profesorem Uniwersytetu Genewskiego, a córka Maria (ur. 1922) zamężna za Tadeuszem Jodłowskim, bibliotekarką, zaś druga córka, Irena (1924–1984) inżynierem-agronomem.

W następnym pokoleniu mamy historyków, informatyków, matematyków, biologów i fizyków. Na drzewie genealogicznym, opracowanym przez Wojciecha Słomczyńskiego, widnieją imiona: Klara, Julian, Adolf, Aniela, Ksawery, Antoni, Maria, Kazimierz, Wanda, Jadwiga, Bronisława, Zofia, Róża, Ewa, Stefan, Leon, Zygmunt, Irena, Marek, Krzysztof, Michał, Agnieszka, Jerzy, Anna, Piotr, Korneli, Klemens. Niektóre z tych imion się powtarzają, przechodzą z matki na córkę, z ojca na syna, lub nadawane są dla uczczenia dziadka, babki czy jeszcze dalszych przodków. Drzewo genealogiczne Estreicherów obejmuje sześćdziesiąt cztery osoby…

Wraz z imionami przekazywano z pokolenia na pokolenie ambicje naukowe, pracowitość, obowiązkowość i przekonanie, że najwyższą wartością jest Ojczyzna, Polska i jej kultura narodowa. I że jej należy służyć, ją pielęgnować, o nią dbać ze wszystkich sił. Przekazywano zwyczaj gromadzenia wiedzy i doświadczeń i zalecano przekazywanie ich dalej, jako najcenniejszego spadku rodzinnego i dobra społecznego.

W posłowiu napisanym przez Andrzeja Borowskiego czytamy, że „Rodzina (Estreicherów – R.N.) jest tu jakby zbiorowym autorem pewnego określonego dobra czy majątku, w sensie moralnym, intelektualnym oczywiście, nie zaś tego dorobku tylko konsumentem”.

Wspólnym wiekopomnym dziełem Estreicherów jest „Bibliografia polska” zajmująca pierwsze miejsce, będąca – jak to określa Borowski – „pomnikiem rodzinnym” wzniesionym wspólnym wysiłkiem. Jest to dzieło patriotyczne nie mające sobie równego w dziejach kultury polskiej.

Krystynę Grzybowską interesują jednak nie tylko wielkiego podziwu godne osiągnięcia naukowe. W posłowiu czytamy: „Autorkę interesują ludzie udręczeni kłopotami życia codziennego, przede wszystkim brakiem własnego, niepodległego państwa, zarazem jednak ludzie energiczni, przedsiębiorczy, świadomi własnych uzdolnień i obowiązków, jakie te uzdolnienia nakładały”.

Trzeba też podkreślić, że autorka jest znakomitą portrecistką. Galeria portretów rodzinnych namalowanych jej świetną narracją urzeka barwnością, odrębną indywidualnością poszczególnych postaci. Kronika tętni życiem, wypełniona jest drobiazgowymi opisami miejsc i zdarzeń, to wzruszających, to znów zabawnych, rozśmieszających. Są w niej sytuacje na miarę tragedii greckiej i na miarę „malutkiej narzeczonej” (praprawnuczki Meluzyny), marzącej o wiecznym szczęściu przy boku „pięknego jak Apollo kochanego i kochającego męża”. I tak jest właśnie dobrze i prawdziwie, tak jak trzeba, nie koturnowo. Bo tak jest przecież w życiu wszystkich ludzi, a więc nawet tak niezwykłych, niecodziennych i wybitnych, jakimi są Estreicherowie.

Omówienie sagi rodzinnej pióra Krystyny Grzybowskiej rozpoczęłam wspomnieniem z lat tak dawnych, że aż nieprawdziwych. Chciałam zakończyć trawestacją fragmentu z „Romeo i Julii” Szekspira – aby Pan Bóg tę znakomitą rodzinę „rozsypał w drobne gwiazdy po niebie i lica nieba unadobnił”.Ale podczas czytania przypomniał mi się na pewno skromniejszy w wyrazie poetyckim, ale równie dobrze pasujący do tej wspaniałej rodziny, zasłyszany kiedyś w Krakowie dwuwiersz:

„Mickiewiczowskie czterdzieści cztery?

Któż to być może? To KRAKAUERY!”

Róża Nowotarska

[Artykuł opublikowaliśmy w styczniu 2001 r.]

Krystyna Grzybowska „Estreicherowie – Kronika Rodzinna”, Wydawnictwo Literackie, Kraków.

Krakauer

„tak nie-krakowianie nazywają do dziś, w znaczeniu nieco pejoratywnym, mieszkańca Krakowa, zachowującego tradycje i zwyczaje mieszczan krakowskich. Prawdziwy krakauer używa prawdziwie krakowskich zwrotów w rodzaju „całuję rączki”, „padam do nóżek”, „przepraszam, że się ośmielam pytać” itp., oraz nie zapomina, aby do osób utytułowanych zwracać się wymieniając ich godności”.

Jan Adamczewski „Kraków od A do Z”

Share Button