Reklama

miesięcznik lokalny
WIADOMOŚCI

Bieżanów, Bieżanów Nowy, Kozłówek, Kurdwanów, Łagiewniki, os. Cegielniana, Piaski Nowe, Piaski Wielkie, Prokocim, Prokocim Nowy, Rżąka, Swoszowice, Wola Duchacka Wschód
i Zachód.
Park Duchacki
Park Rzeczny Drwinki
„W” na FACEBOOKU
Napisz do nas!
Coś ciekawego dzieje się w Twojej dzielnicy?

Poinformuj nas, prześlij zdjęcia: wiadomości.krakow@wp.pl

Poruszające wspomnienie wojenne Kapitana „Sztubaka” ukazało się w „Wiadomościach” w grudniu 1999 roku. Antoni Biegun mieszkał w Domu Pogodnej Jesieni przy ul. Wysłouchów na os. Kurdwanów Nowy. Zmarł w 2001 r.

Wspomnienie kapitana ANTONIEGO BIEGUNA “SZTUBAKA”, legendarnego dowódcy oddziału Narodowych Sił Zbrojnych, więźnia gestapo, dowódcy udanego zamachu na przyjaciela Hitlera płk. Knuslinga (nr 7 leg. NSDAP), do marca 1947 walczył z okupantem sowieckim, w latach 1948-56 więzień w katowniach UB, pod koniec lat 70. działacz antykomunistycznego Ruchu Obrony Praw Człowieka i Obywatela, współzałożyciel NSZZ “Solidarność”, uhonorowany wieloma odznaczeniami – mieszkaniec os. Kurdwanów Nowy.

 

Był to rok 1942.

Po długim, uciążliwym marszu po głębokim śniegu, olbrzymim lesie i przybierającej na sile zadymce – dotarliśmy o zmierzchu do małej wsi położonej wśród lasu. Postanowiliśmy zatrzymać się w tej wsi, odpocząć, a potem iść dalej do miejsca naszego postoju w opuszczonej leśniczówce, do której było jeszcze około trzech kilometrów. Jednakże, gdy mieszkańcy się dowiedzieli, że mamy zamiar iść dalej, nie chcieli o tym słyszeć.

–          Dziś każdego gościa, nawet w łachmanach, trzeba serdecznie przyjąć i ugościć. Tako jest tradycja i ją trzeba szanować. Przecież dziś jest święty wigilijny wieczór. Połomiemy się opłatkiem, zjemy wieczerze i zaśpiewomy kolendy. Gdzie się bydziecie tułać. My som Polacy i chrześcijany, a wy nasze wojsko. Chłopoki ze wsi tyz mają rózne karabiny, bo troche kłusują. Bydom pilnować, a wy tymczasem przyszykujcie się do Wilii.

Zostaliśmy.

Stałem na ganku domu pod lasem, a wraz ze mną był jeszcze Lis i Bob – żołnierz majora Hubala. Rozmawialiśmy, już nie pamiętam o czym, gdy nagle zobaczyliśmy, że drogą z lasu wyjeżdża dwoje sań z jakimś wojskiem. Myśleliśmy, że to partyzanci, bo z tamtej strony Niemcy w żadnym wypadku nie mogli przyjechać. Podjechali pod ganek i dopiero teraz zorientowaliśmy się, że to Niemcy. Jak byli pootulani kożuchami i okryci pelerynami, trudno było rozpoznać kto to.

Zaskoczenie było obustronne. Trzymając palce na spustach automatów, śledziliśmy każdy najmniejszy ich ruch. Stali przed oknami, z których światło dobrze ich oświetlało. Usłyszałem też szept dochodzący z sieni przez uchylone na ganek drzwi:

–          Nie bójcie się, my ich momy na muszce erkaemów.

W pewnej chwili jeden z tych Niemców rzucił karabin w śnieg, zdjął czapkę z głowy i naprawdę pięknym głosem zaczął śpiewać:

–          Stille Nacht, heilige Nacht…

Pozostali Niemcy porzucali karabiny na ziemię, uklękli lub wstali i również zaczęli śpiewać.

Wiele słyszałem w swoim życiu  kolęd, ale takiej kolędy nie słyszałem nigdy. W tym śpiewie było coś takiego, co trudno wyrazić w słowach, to trzeba usłyszeć i przeżyć.

Gdy skończyli śpiewać, kazaliśmy im zejść z sań. Pozbieraliśmy karabiny i zastanawialiśmy się, co dalej robić. Na to wyszła gospodyni z tego domu i woła do tych Niemców:

–          Wiem, żeśta łotry i nikczemniki, ale dziś nienawidzić nie wolno, trzeba największym wrogom darować. Właźta do chałupy, ale nie wszyscy.

Weszło ich trzech, a reszta poszła do innych domów. Razem było ich chyba ośmiu. Nieśmiali, może pełni niepokoju i lęku, usiedli w kącie na ławie, bo przecież nie wiedzieli, co się z nimi stanie. Nie umieli po polsku i nie rozumieli, co do nich mówi gospodyni, ale ja im to wszystko tłumaczyłem. Tłumaczył im również Rosjanin, który był w naszym oddziale. Będąc białogwardzistą, po rewolucji w 1917 roku uciekł do Polski.

Kazaliśmy Niemcom zdjąć płaszcze i siąść na ławie przy stole. Odmówiliśmy modlitwę, a następnie gospodarz zrobił ręką znak krzyża nad opłatkami i zaczął się łamać, wpierw z żoną, a potem z nami, resztą rodziny oraz Niemcami. Byli zaskoczeni, mieli łzy w oczach, a jeden upadł na kolana, ucałował opłatek, a potem rękę gospodarza.

Patrząc na to, co się dzieje, przeżywałem coś, czego się nie da opowiedzieć i opisać. Trzeba to samemu przeżyć, a wtedy się zrozumie. Ten tradycyjny wieczór wigilijny, ręka wyciągnięta z bielą opłatka kruszyła tamę, jaka była między nami a nienawistnymi, śmiertelnymi naszymi wrogami. Warto tu przytoczyć wiersz żołnierza oddziału NSZ im. Szarego, Wawrzyńca Hubki “Dęba”:

NOC GRUDNIOWA

Dziwna ta Noc Grudniowa

W nią milkną wszelkie zatargi

Kurczą się serca człowiecze

“Gloria” śpiewają wargi

I w duszę wlewa się spokój

Człowiek człowiekiem się staje

Gdyby rok cały tak było

Świat nasz stałby się rajem

Po wieczerzy Niemcy opowiadali o swoich rodzinach, pokazywali zdjęcia matek, żon, dzieci. Wiele mówili o swoim życiu i ciągłym lęku i obawie, bo przecież Niemcy były bombardowane, a tam znajdowały się ich rodziny. Bali się okropnie, że zostaną skierowani na front wschodni, gdzie może ich czekać śmierć z głodu, zimna lub od kuli. Niesamowicie przeklinali Hitlera. Długo rozmawiali i śpiewali kolędy.

Ja wraz z komendantem i kolegą udałem się do człowieka uznawanego za przywódcę wsi, gdzie zastaliśmy kilku gospodarzy i zaczęliśmy rozmawiać z nimi na temat Niemców; co z nimi teraz zrobić, puścić ich, czy też zlikwidować? Jeżeli ich puścimy, to mogą zdradzić, a wtedy wsi grozi pacyfikacja. Jednak gospodarze sprzeciwiali się likwidacji niemieckich gości.

–          W taki święty dzień jak Boże Narodzenie nie godzi się tego robić, bo to tyż chrześcijanie. Oni nie zdradzą, bo będą się bali, że za spędzenie wieczoru wigilijnego z partyzantami i oddanie im broni bez wystrzału, groziłaby im okropna kara.

Zdecydowano wypuścić ich, ale nadal nosiliśmy się z zamiarem ich likwidacji daleko od wsi i tak, aby miejscowi gospodarze nie dowiedzieli się o tym. Jednak po długich naradach zaniechaliśmy tego. Wigilijni goście odjeżdżając oddali nam wszystką amunicję, jaką mieli, nie zostawiając sobie nic. Gdy jeden z nich dawał mi swoją amunicję, powiedziałem mu, że mnie przydałaby się amunicja kaliber 9. Zapewniał mnie, że mi dostarczy.

Odjechali. Po ich odjeździe drogę wiodącą do wsi zaminowaliśmy w kilku miejscach. Zrobiliśmy to bardzo daleko od wioski, aby w razie wysadzenia samochodów jadących z Niemcami, nie padło podejrzenie na wieś. Innej drogi do wsi nie było. Obok założonych min zrobiliśmy zasadzkę, czuwając przez dwa tygodnie.

Pewnego dnia rano zauważyliśmy, że jadą sanie z trzema Niemcami. Rozpoznaliśmy, że to są Niemcy, którzy byli we wsi na wigilii. Przejechali nie zauważywszy nas. Wsiadłem na konia, którego mieliśmy ze sobą i pogalopowałem za nimi.

Przywieźli nam trochę zup błyskawicznych, które były w dość dużych torebkach. Ja dostałem cztery kartony obiecanych pocisków kaliber 9. Było tego ponad trzysta sztuk. Przyjezdni bardzo się spieszyli. Mówili, że jadą na front wschodni. Byli zrozpaczeni. Przy pożegnaniu mieli łzy w oczach. Jeden nawet prosił bardzo, aby się modlić za niego. Kobiety, jak się dowiedziały, że przyjechali Niemcy, którzy byli na wigilii oraz że jadą na wschodni front, ulitowały się nad nimi i poprzynosiły im jedzenia na drogę. Do dziś nie wiem, czy przeżyli.

Będąc około czterech lat w partyzantce w Lubelskiem mieliśmy kilka razy do czynienia z Niemcami, którzy nam bardzo pomogli. Byli to przeważnie ludzie starsi lub należący do młodej inteligencji. Byli oni negatywnie nastawieni do Hitlera oraz jego ustroju. Ci, którzy byli na wigilii również byli starsi i pomimo wieku powołani do wojska.

Przez cały czas trwania zasadzki mieliśmy łączność z naszymi ludźmi, którzy mieszkali w miejscowości, gdzie kwaterowali Niemcy. Łączność mieliśmy za pomocą telefonu, który był w leśniczówce. Było nas mało, tylko piętnastu, ale przyszli nam z pomocą młodzi mieszkańcy wsi, którzy byli dobrze uzbrojeni, a jako kłusownicy strzelać umieli świetnie. Nasi ludzie dostarczali nam telefonicznie dokładnych informacji, co robią Niemcy, czy nie wybierają się na akcję. Oddziałów partyzanckich było wtedy jeszcze bardzo mało.

Antoni Biegun

Antoni Biegun ps. „Czarny Antek”, „Szary” i „Sztubak” – kapitan Wojska Polskiego.

Urodził się 8 maja 1924 r. w Milówce, zmarł 10 września 2001 r. w Krakowie. Autor:

„Moje życie, mój los: wspomnienia okupacyjne i więzienne”.

 

Share Button