Reklama

miesięcznik lokalny
WIADOMOŚCI

Bieżanów, Bieżanów Nowy, Kozłówek, Kurdwanów, Łagiewniki, os. Cegielniana, Piaski Nowe, Piaski Wielkie, Prokocim, Prokocim Nowy, Rżąka, Swoszowice, Wola Duchacka Wschód
i Zachód.
Park Duchacki
Park Rzeczny Drwinki
„W” na FACEBOOKU
Napisz do nas!
Coś ciekawego dzieje się w Twojej dzielnicy?

Poinformuj nas, prześlij zdjęcia: wiadomości.krakow@wp.pl

 

 

 

 

 

 

 

 

 

ROMAN BOBICKI jest właścicielem zakładu ślusarsko-kowalskiego, znanym nie tylko na terenie Piasków Wielkich. Od 15 lat zajmuje się odnową zabytków, a szczególnie obiektów Krakowa. Za tę działalność,
26 marca br. otrzymał Złoty Krzyż Zasługi. Poza tym wyjątkowo aktywnie włącza się w życie społeczności lokalnej: pełni funkcję wiceprezesa w Zarządzie klubu piłkarskiego „Orzeł”, przewodniczy Komitetowi Organizacyjnemu Uroczystości 75-lecia Parafii w Piaskach Wielkich.

 

 

– Kowalstwo i ślusarstwo to rzemiosło, a to czym Pan się zajmuje na co dzień, to rzemiosło czy sztuka?

– To tak jak w każdej dziedzinie. Można być dobrym rzemieślnikiem albo artystą. Ktoś jest solidny, zna swoje rzemiosło, dobrze je wykonuje, ale pewnego poziomu nie przeskoczy. Jest mi trudno powiedzieć i oceniać, czy to, co robię, to rzemiosło czy sztuka–rękodzieło. Na pewno jedno i drugie. Jeżeli chodzi o same podstawy tworzenia, to jest to baza rzemieślnicza – wykonywanie jakichś parkanów czy bram o różnej wartości architektonicznej można sprowadzić do pracy na poziomie rzemiosła. Natomiast biorąc pod uwagę obiekty, przy których mieliśmy okazję pracować, jak katedry w Krakowie, Lublinie i Kielcach, zespół Pałacu Poznańskiego w Łodzi, Wawel czy kościół Mariacki, w którym jesteśmy już od 13 lat – to są to już wyroby, które można śmiało zaliczyć do rękodzielnictwa i pewnej sztuki z zakresu metaloplastyki czy kowalstwa. Są to wyroby pojedyncze wykonane w zupełności ręcznie i przy zachowaniu starych technik. Tu już na pewno bliżej jest do artystycznych wyrobów niż do rzemiosła.

– Czy pamięta Pan swoje prace na obiektach zabytkowych?

– Trudno jest spamiętać wszystkie prace, bo było ich naprawdę dużo i przechodząc Kraków z północy na południe, czy z zachodu na wschód w zasadzie co kawałek napotykam obiekt, w którym coś robiliśmy. Jest niewiele kościołów czy obiektów świeckich w obrębie Plant, z którymi nie mielibyśmy do czynienia. Po raz pierwszy na obiekcie zabytkowym pracowałem w Teatrze Starym w 1987 r. Na pewno do takich prac, które przyniosły największą satysfakcję i z których jestem najbardziej zadowolony, należy renowacja kościoła pw. św.św. Piotra i Pawła. Kiedy rozpoczynaliśmy w nim pracę w 1989 r. nie było ogrodzenia od strony ul. Grodzkiej – zostało usunięte na przełomie lat 70. i 80. Nam udało się odnaleźć fragmenty tego ogrodzenia w piwnicy pod koksem, czyli tam, gdzie nikt nie przypuszczał, że ono się może znajdować. Około 35-40 proc. jest ogrodzenia pierwotnego, a reszta została zrekonstruowana na bazie zachowanych fragmentów. Kiedy zaczęliśmy renowację elewacji frontowej okazało się – ku naszemu i służb konserwatorskich zaskoczeniu – że czarne, główne drzwi do kościoła, po zdjęciu wierzchnich powłok malarskich, przedstawiają zupełnie inną kolorystykę. Tło było czarne, rozety w polach rombowych były cynowane, natomiast wszystkie aplikacje ozdobne były miedziane i złocone. Cała renowacja trwała prawie 4 lata, ale jej efekt jest naprawdę imponujący. Ten obiekt dał najwięcej satysfakcji, gdyż dzięki tym pracom zostało przywrócone coś, co było już kompletnie zapomniane.

– Jak dużą część pracy Pana firmy stanowi konserwacja obiektów zabytkowych?

– Przez kilka pierwszych lat, do 1992-93 r., praca na obiektach zabytkowych stanowiła prawie 100 proc. wszystkich prac. Oczywiście to była nie tylko konserwacja, ale również rekonstrukcja czy wykonywanie nowych elementów, ale dla obiektów zabytkowych. Po 1993 r. zaczęto przeznaczać coraz mniej środków na zabytki. Pomimo jednak kryzysu gospodarczego, pomimo różnych zmian przepisów totalnie utrudniających działalność, nie mamy redukcji zatrudnienia, nie mamy zwolnień, jakoś udaje nam się to powiązać. Ludzie mają zatrudnienie i myślę – patrząc na ich staż pracy tutaj (12-15 lat), że chyba są zadowoleni.

– Odnawiając zabytki, dodając swoje elementy, bierze Pan udział w czymś, co powstawało nierzadko przez kilkanaście wieków…

– Ząb czasu widoczny jest na wszystkim. Można przedłużać żywotność czegoś, ale przez stałą renowację, przeglądy techniczne, naprawy. Takie prace na substancji zabytkowej również muszą być prowadzone. Niestety dużo zabytkowych obiektów było pod tym względem zaniedbanych przez wiele lat. Kamienice przechodziły na własność państwa, nikt się nimi nie interesował i wiele wartościowych elementów uległo kompletnemu zniszczeniu. Teraz to się przywraca. Podczas odnawiania stosujemy zasadę, aby nic nie zmieniać i nie upiększać. Czasem można mieć zastrzeżenia do formy, ale jednak ktoś tak to wymyślił, tak zrobił i nie należy tego naruszać. Staramy się jedynie wprowadzać nowe rozwiązania techniczne. Umiejętności ludzi, którzy to niegdyś robili, były wysokie, ale gorzej było z wiedzą techniczną, która nie była tak rozwinięta. Jeżeli chodzi o formę, staramy się ją zachować, a gdy czegoś brakuje, to w miarę możliwości rekonstruujemy zgodnie z zachowanymi wzorami, zdjęciami czy rysunkami.

– W renowacji jakich zabytkowych obiektów bierze w tej chwili udział Pana firma?

– Obecnie robimy lampy na Rynek Główny. To jest powtórzenie tych lamp, które wykonaliśmy na
ul. Piłsudskiego. Jeszcze w czasach powojennych, kiedy tramwaje jeździły wokół Rynku, takie lampy na Rynku były. Stały na środku jezdni, poprzecznie do każdej pierzei – były dwuramienne, wysięgnikowe, tak jak obecne na
ul. Piłsudskiego – jedna oświetlała jedno torowisko, a druga drugie. Na pewno nie są to pierwotne lampy, bo kiedyś było inne oświetlenie, inny był wystrój Rynku i inny kształt, ale te lampy pojawiły się w okresie secesji, istniały przez kilkadziesiąt lat i powrócą w miejsce tych stojących „szubienic”. Z tym, że będą tylko z trzech stron Rynku na trzech pierzejach. Będzie ich dwanaście i będą ustawione równolegle do każdej pierzei z tego powodu, że nie ma już torowisk.
Poza tym prace na obiektach zabytkowych nie przebiegają systemem ciągłym, ale okresowo: od kwietnia do listopada. Jest to związane ze skomplikowanym sposobem finansowania i wyłaniania wykonawców w drodze przetargów, które mogą być rozstrzygnięte dopiero pod koniec kwietnia. Do właściwej pracy przystępuje się dopiero w maju lub w czerwcu Niestety, jest to z wielką stratą dla obiektów i niekiedy dochodzi do tego, że wykonujemy pracę w warunkach niesprzyjających. Na dziś jesteśmy niejako dyżurnymi dla takich obiektów, jak bazylika Mariacka, gdzie jesteśmy ciągle obecni, katedra wawelska, klasztor Bożego Ciała, klasztor sióstr Norbertanek. W katedrze kieleckiej idzie w tej chwili pełen zakres prac i to dosyć nieprzerwanie, również w kościele św. Anny wykonujemy ciągle prace. W tym roku ma być odnawiana Kaplica Zygmuntowska – myślę, że weźmiemy udział w przetargu i mam taką cichą nadzieję, że będziemy tę kaplicę robić.

– Przez kilkadziesiąt lat peerelowska rzeczywistość była szara i niewiele rzeczy wybijało się ponad przeciętność…

– Istniało jakieś rękodzielnictwo, ale bardziej w wyrobach, np. jubilerskich. Jeśli chodzi o kowalstwo, to właściwie nie istniało ono z dwóch względów. Uważano, że jeżeli coś jest piękne – krata, portal czy drzwi – to już kojarzy się z burżuazją, z ludźmi wyższego stanu. Ludzie bali się mieć coś ładniejszego, aby to nie było utożsamiane z przejawem ich bogactwa. Wszystko miało być szare, a wydaje mi się, że mieliśmy taką kratę wokół Polski, że obcowaliśmy z tą niewidoczną, ale dosyć szczelną kratą. Po drugie nie było ciągłości w nauce tego zawodu. Stąd jest dosyć duża luka i brak młodych ludzi, którzy mogliby to kultywować.

– Czyli nie ma ciągłości tradycji?

– W jakiś sposób ona się jednak przejawia w kilku rodzinach, które kultywują tę pracę kowalską czy metaloplastyczną. Jest ta tradycja zachowana u wielu odbiorców, którzy są miłośnikami pewnych detali, np. mieliśmy możliwość zrobienia pięknej bramy do Lutosławic dla pana Pendereckiego, który lubi te elementy i przywiązuje się do nich. Niestety nie ma powszechnego zainteresowania tym zawodem. Został on przez komunistyczne władze sprowadzony do rangi zawodu podrzędnego. Ja pamiętam, gdy otwierałem zakład ślusarski, z jaką pogardą patrzono na tę profesję, a zawód budowlańca miał w społeczeństwie większą rangę, wiadomo – budowało się domy – murarz był potrzebny. Ja się z tym nie zgadzam. Różnica między dobrym ślusarzem a dobrym murarzem jest naprawdę olbrzymia. Wiedza i znajomość tematu murarza nie musi być tak duża jak ślusarza. Dobrym murarzem można zostać po 3 latach pracy, jeżeli ktoś ma do tego zdolności, natomiast dobrym ślusarzem ciężko jest zostać po 10 latach. Dobry ślusarz musi się znać na mechanice, na konstrukcjach, na wytrzymałości, znać metaloznawstwo. Mówię to z własnego doświadczenia. U mnie po 6-8 latach można mieć pożytek z pracownika, ale taki długi jest okres kształcenia, a szkolnictwo zawodowe kompletnie leży. Ja mam tutaj co roku praktykantów z czwartego roku technikum. Są to ludzie, którzy nie potrafią nieraz metra blachy obliczyć albo powiedzieć, jakie są elementy i rodzaje połączeń. Mam przypadki, że po jednym dniu uciekają. To jest właśnie błąd szkolenia poprzedniego systemu, kiedy ludzie szli do szkoły, a nie byli kompletnie zainteresowani tym, żeby to wykonywać. Jednak jak w każdym zawodzie, jeśli ktoś nie będzie czuł potrzeby wykonywania tego, to nie będzie dobrym pracownikiem, nie będzie go to cieszyć. Przyjdzie do pracy odwalić swoje i koniec, a tak się nie da, bo w każdym zawodzie, czy to lekarz, czy adwokat, czy ślusarz – całe życie trzeba się uczyć… Myślę że zawody fizyczne nie cieszą się w Polsce żadnym zainteresowaniem, jedynie na wsiach albo w małych miasteczkach, natomiast w miastach w ogóle. Jest to objaw braku szacunku do ludzkiej pracy. „Robol” był utożsamiany z piwem i wódką, taki jest niestety obraz robotnika w Polsce. Trochę inaczej wygląda to na Zachodzie. W czasie przerwy południowej do jednej restauracji idzie urzędnik i hydraulik. Ale myślę, że to się zmienia i musi się zmienić, bo to będzie dla wielu ludzi jedyna możliwość życia. Nie wszyscy mogą być naukowcami czy pracować w biurach.

Rozmawiał: Mieczysław Pabis
Fragment rozmowy, którą opublikowaliśmy
w „Wiadomościach” w czerwcu 2002 r.  Zdjęcie: arch. „W”

Share Button