TOUTES PROPORTIONS GARDÉES, czyli z zachowaniem odpowiednich (stosownych) proporcji. Jedna z moich ulubionych dewiz. Brzmi po francusku, więc chyba elegancko, a ja choć nie znam tego pięknego języka, mam tę zasadę we krwi. Jest tym bardziej aktualna, gdy widzę radosne autokreacje, wręcz ich rozpasanie, na Facebooku. Wiadomo, każdy orze na tym polu jak może. Podziwiam tych, którzy trzymają się jakiegoś swojego stylu, trzymają poziom, a także tych, którzy wybrali dumne milczenie, na zasadzie „jak nie mam nic do pokazania i powiedzenia, to tego nie robię”, albo wychodzą z przyzwoitego założenia, że „nie wszystko jest na sprzedaż”. Są też tacy, ostrożni i nieufni, że po jakimś czasie FB może przekształcić się w coś przeciwko nam (też mam z tyłu głowy takie obawy, bo trzeba być naiwnym, aby ich nie mieć). Znać swoją miarę, to znaczy m.in. nie podpinać się pod coś, co nie jest nasze, nie przypisywać tego sobie, nie iluminować na pokaz światłem odbitym. Bo co by o mnie pomyśleli, gdybym strzelił sobie focie tuż tuż, ramię w ramię, oko w oko, uścisk w uścisk – z prezydentem, z biskupem, z jakimś pomnikiem, jakimś portretem, czy widokiem z imponującej wycieczki? Będę jak ten prezydent, jak biskup, jak ten widok? Nie będę i nie ma co udawać lepszych i świętych! Trzeba, mimo pokus, zaakceptować i polubić siebie … z zachowaniem odpowiednich (stosownych) proporcji. Polecam.
CZY KAŻDY JEST IDIOTĄ? Wszystko wzięło się od tego, że Edward Stachura chlapnął w swojej oślepiającej „jaskrawości”, że wszystko jest poezją i każdy jest poetą. Na swój indywidualny, poetycki sposób miał rację, ale w wymiarze ogólnym to zależy od punktu widzenia. A punkt widzenia także każdego grafomana jest egocentryczny. Pamiętam, gdy z końcem lat 70., a potem w latach 80. moda na stachuriadę, połączona z kontestowaniem systemu, wywołała falę pokoleniowego, wspólnego poezjowania – co dotąd budzi we mnie opór jako objaw swoistego grupowego ekshibicjonizmu. Tymczasem każdy poeta jest sam. A z drugiej strony grupowe poezjowanie jest przypisane do tego „zawodu”, by uczynić je znośniejszym, a może nawet przyjemnym. Grupowe łechtanie ego może wpaść w nawyk, a nawet uzależnić, przynieść korzyści. Czy każdy jest poetą? Otóż nie każdy, tak jak nie każdy jest politykiem, biznesmenem, nauczycielem, czy ogrodnikiem etc. Owszem może się za takiego uważać, ale w pełnym tego słowa znaczeniu – nie jest. Jest uzurpatorem, jest mędrkiem, często głupkiem. Piszę o tym na Facebooku, który jest emanacją programu, że każdy jest besserwisser, zna się na wszystkim, ocenia, wystawia notki, na każdy temat ma swoje zdanie, nie ważne czy sensowne, ważne tylko, że jego własne. Każdy ma rację i wie najlepiej. A napisać można wszystko, bo wszystko jest opublikowane. To rodzaj ogólnie dostępnego taniego (czy darmowego?) towaru, jarmarczna, pospolita zabawa. Z drugiej strony to medialna magia, która uzależnia. Zasięg i rażenie FB jest porażające. Media społecznościowe mają coraz większy wpływ na rzeczywistość – jaki jest to wpływ? czy tylko pozytywny? jaki jest nasz w tym udział? Każdy staje na tej swojej scence i ma przed sobą widownię – wyimaginowaną i anonimową jak on sam. Słychać i widać ten masowy chór, gdzie dominuje kakofonia, szum, jazgot i hałas, wiele fałszów. Większość z nas to idioci, pożyteczni idioci, pracujący na użytek tych, którzy nas sobie monitorują. Mają ubaw? – nie tylko. Parafrazując Szekspira, Facebook to opowieść idioty.
DEMONTAŻ PAŃSTWA. Trwa demontaż państwa, choć nazywany jest rozliczaniem i reformą. Towarzyszy temu otępienie. Upadają instytucje i zawody społecznego zaufania. Takimi zawodami był zawód nauczyciela, lekarza i dziennikarza. Dziennikarz nie powinien być zaangażowany politycznie i partyjnie, bo nie jest wtedy dziennikarzem, lecz rzecznikiem prasowym. A to jest różnica. Ma opisywać fakty i nie mieszać tego z komentarzem. Ma dbać o pluralizm wypowiedzi. Nastały czasy, w których obraz rzeczywistości jest zniekształcany przez propagandę i emocje. Na nich budowana jest polityka państwa. Quo vadis, Polsko?
SONDAŻE. Bazyliszek wstawał z łóżka z coraz większą nienawiścią do świata. Już nie mógł na siebie patrzeć. Co by tu zrobić, żeby zaistnieć? Rzucono mu do złotej klatki parę ofiar, ale Bazyliszek uznawał, że tylko jego pomysły i działania są super. Z nikogo nie był zadowolony. – Przynieście mi lustro! – zawołał do służby. – No i jak wyglądam? – zapytał w ciemno. W odpowiedzi rozległy się ochy i achy. „Jesteś wielki, jesteś genialny, jesteś straszny, boimy się ciebie, że aż strach.” „Nie wierzę wam, tchórze” – pomyślał i nagle zapłakał nad sobą.
KĄTEM OKA. Jak to jest, że niektóre starsze osoby widzą to, co jest za nimi. Zastanawiam się nad tym, gdy widzę zamaszystą starszą panią, jak dzielnie balansuje od lewa do prawa, po to tylko, aby jej nie wyminąć i zwalnia przy tym, aby jej nie wyprzedzić. W rękach siatki z zakupami. Skąd tyle determinacji, skąd tyle siły? Może mają wsteczne lusterka? Takie z zaćmy?.. Z biegiem lat zaczynam je coraz lepiej rozumieć. To jest ten czas, gdy się rozglądam za miejscem do siedzenia w tramwaju, a szczególnie w rozpędzonym autobusie. Nogi słabe, a pomyśleć, że kiedyś mogłem na nich przestać podróż pociągiem po przekątnej Polski. Wystałem je, dały z siebie prawie wszystko… Teraz widzę kątem oka jej nogi, piękne, długie i zgrabne, ona to czuje i widzę, że się sobą, tymi nogami zachwyca. Kobiety zachwycają się wszystkim, co w nich zachwyca innych. Mają takie obrotowe lustro i lusterka nastawione na siebie. Ale mój kąt oka nie skupia się tylko na tym. Widzę, jak przelatuje obok ptak, duży i mały. Jak coś tam śmiga, jak przemyka bokiem. Gdy zamknę oczy, widzę pod powiekami pływające „farfocle” (można nazwać je inaczej, ale jak?), śledzę ich niezależny ode mnie kurs… Coś się robi na starość z oczami, że patrzą bokiem i widzą w głąb.
ESPRIT D’ESCALIER (pomyślane na schodach). Widzę postać na wózku, na górze schodów prowadzących do kościoła na Woli Duchackiej. Na kolanach trzyma koszyszek. Wrzucam tyle co na tacę. Patrzę nieśmiało na jej twarz. Jest piękna, jak jej uśmiech i oczy. Coś powiedziałem, a ona dziękuje. Po mszy sporo osób podchodzi do niej, życzą „zdrówka”. Podszedłem jeszcze raz. Ona siedziała całą mszę na przejmującym chłodzie. Podobno mieszka niedaleko w nowych blokach.
„Dzień dobry. Znam panią z widzenia. Jak pani ma na imię?” „Miriam” – odpowiada. „Piękne imię.”. Tego nie powiedziałem, tego nie było. Miriam, bądź pozdrowiona. Amen.
STRACHY i LĘKI. Przyjaciel ze Szczecina, który wie, że chciałbym kiedyś wydać tę moją wspomnieniową pisaninę, podesłał mi linka o tragicznej katastrofie, jaka wydarzyła się 7 grudnia 1967 roku na ulicy Wyszaka, gdzie wykoleił się rozpędzony tramwaj nr 6: zginęło ok. 15 osób, a ok. 100 zostało rannych. To była największa katastrofa tramwajowa w Europie, władze komunistyczne tuszowały ją jak mogły. Od tamtej chwili, nie było już składów 3- wagonowych, wprowadzono dodatkowy hamulec elektromagnetyczny i uniemożliwiono jazdę na przyczepkę zwaną „winogronami”. Miałem wtedy 8 lat, nie wiedziałem o tym, tragedia wydarzyła się w centrum, my mieszkaliśmy na Pogodnie. Strachy docierały poprzez reakcje rodziców, ich zdenerwowanie, bo nie rozmawiali o tym przy mnie. Podczas kryzysu kubańskiego w 1964 roku wujek zrobił dla nas wszystkich dzieciaków śmiertelniki na szyje w razie wojny, mama była przerażona tą przezornością. Szczecin ciągle był miejscem niepewnym, zagrożonym, na pierwszej linii frontu. Pamiętam ryki syren alarmowych, gdy często sprawdzano ich działanie, po twarzach rodziców widziałem ich traumatyczne wspomnienia z wojny. Tata mój, którego Niemcy ścigali jako dzieciaka, bo uciekł z kopalni, chował się w ostatnim, dziecięcym pokoju, gdy tylko ktoś niezapowiadany pukał do drzwi. Nigdy ich nie otwierał, biegł amfiladą na sam koniec, chował się za drzwiami przy wielkim koszu z rzeczami do prania. Strachy grudnia 1970 roku, gdy nocami słychać było ryk czołgów, a potem zagazowane ulice, nieobecność na lekcji drugorocznego kolegi z ławki, który poszedł rzucać kostkami brukowymi w gmach partii. Wychowawczyni go potem napiętnowała, stawał u dyrektora, dla mnie był bohaterem, choć to był łobuz. Każdy z nas ma na karku strachy, trzeba z nimi żyć.
Jarosław Kajdański

