Reklama

Park Duchacki
Wiadomości Podgórze
Napisz do nas!
Coś ciekawego dzieje się w Twojej dzielnicy?

Poinformuj nas, prześlij zdjęcia: wiadomości.krakow@wp.pl

LISTY. – Zniszczyłam twoje listy – zakomunikowała mi dziewczyna mojego przyjaciela, gdy przyjechali z wizytą do Krakowa. Ciekawe, jaką miałem minę, zdziwienia, żalu? Bo przypatrywała mi się dłuższą chwilę. Była jednym z moich licznych korespondentów z czasów, gdy pisało się o wszystkim, a listy to był najlepszy sposób komunikowania się. Gdy ktoś się do tego przykładał, nazywało się to epistolografią. Dawno temu pisano nawet po kilka listów dziennie, a poczta dostarczała je rano i popołudniem. Sztuką było adresowanie koperty, a nawet przyklejanie znaczków, np. do góry nogami znaczyło „szaleję za tobą”… Lubiłem pisać listy, naszym wzajemnym wyzwaniem była bliska rodzina za granicą. Wtedy trudniej było o rozmowę telefoniczną, a wyjazd był reglamentowany i obostrzony. W szkole pisałem pasjami, miałem wielu korespondentów w kraju i zagranicą. Pisaliśmy do siebie co tylko przyszło na myśl. Na studiach pisałem jak najęty. Ćwiczenie treści i formy, wysyłanie i czekanie na odpowiedź – listy do świata.
Nie wyrzucałem otrzymanej korespondencji, trzymałem ją uporządkowaną w teczkach i kartonach, nigdy do niej nie zaglądałem. Traktowałem jako część mojego życia. Nigdy nie pytałem, co inni robili z moimi listami. A tu nadszedł ten moment… – Boże jedyny, co tam jest?! – jęknęła moja żona, sięgając po duży karton na szafie w moim pokoju. Wspólnymi siłami zdjęliśmy z niej dwa kartony listów. – To broń – odpowiedziałem żonie wężykiem, ale nie ciągnąłem tego dalej. Bo moja szafa wycelowana jest w wejście na strych, zamknięte na kłódkę, a na tym strychu… miałem przechowywać broń, jak to mnie prowokował i sprawdzał w czasie stanu wojennego jeden z lokalnych liderów opozycji antykomunistycznej. Odpowiedziałem mu wtedy wężykiem, że jaskółka z wejściem na strych jest wycelowana na zachód, a nie na wschód, na co zareagował homeryckim śmiechem… Dodałem, że walczyć można tekstem i na to jest u mnie zawsze miejsce. Podczas remontu wyrzuciłem wszystkie listy jak leci, nie zaglądałem, nie czytałem – do wora, jednego, drugiego, trzeciego… Tej nocy przyśniła mi się babcia, która powiedziała: „Nie wyrzucaj, tylko spal”. No i zaczęło się kilkudniowe palenie listów w piecu. Białe dymy snuły się nad okolicą, można by napisać: „Lecą listy, dym je chowa w przeszłości” (They fly letters, smoke smokes them in the past). Taka kremacja mnie samego. Czy bolało? Nie, oczyszczało. Przeprosiłem i podziękowałem nadawcom listów za znaczną część mojego życia.

PRZEDWIOŚNIE. To była moja ulubiona powieść Żeromskiego. Przednówek, przedwiośnie zaczynało się od zapachu wilgotnej od roztopów ziemi, od promieni słońca, które zatrzymywało, aby go chłonąć z przymrużonymi oczami. Od zawołań „wyjdzieeesz?”, którym towarzyszyło rozgrzewające, głośne i niecierpliwe odbijanie piłki. Dreszcze przenikały od otwieranych perspektyw, od wyobrażeń. Przetarty, ulubiony sweter, trampki, jak trzeba było, to nowe (stopa większa po zimie), ale w starych lub nowych (za dużych) też się wybiegało. Ależ to się wybiegało! Po kilka schodów, aby nie stracić ani chwili, można też było zjechać po poręczy. Kopaliśmy piłkę o ścianę kamienicy. A tam mieszkało na parterze starsze małżeństwo z Kresów. Pani była emerytowaną elegancką nauczycielką z klasą, jej mąż toczył z nami walki o hałas. Gdy wychodził z interwencją, niektórym wystarczało, aby przestać, a innych niestety pchało w zapartą chuliganerię. Jak się zebrała grupa, to szliśmy grać na „górki” przy szpitalu na Unii Lubelskiej, to był olbrzymi, porośnięty stepem wykop, który Niemcy przygotowali pod szpital polowy, ale niektórzy uważali, że pod stadion. W każdym razie tam były bramki i pole do rozgrywania meczów albo kameralnych ćwiczeń, szczególnie gdy trafił się bramkarz. Mój przyjaciel z podwórka lubił stać na bramce, co było cenną rzadkością, był w tym dobry, grał chyba w młodzikach szczecińskiej Pogoni. No a ja stawałem naprzeciw i celowałem w bramkę. Celowałem w strzałach technicznych, ćwiczenie czyni mistrzem, wydawało mi się, że nim jestem. Ale wybił mi to z głowy ów przyjaciel, gdy zaproponował zmianę miejsc. Jego bomba odrzuciła mnie od bramki, był przyjacielem, więc wróciliśmy do poprzednich ról. To było w perspektywie całego sezonu od wiosny zaczynając.
Oprócz piłki (nie każdy miał piłkę) wystawiało się rower (nie każdy miał rower), po zimie trzeba było wszystko wysmarować, naoliwić i podokręcać, czasem naprawić i wymienić. Na rogu Pocztowej był zakład prowadzony przez rzemieślnika starej daty, który po jakimś czasie znajomości przekazał mi parę swoich tajemnic związanych z przerzutkami. Wracałem na rowerze o nazwie albatros, czując pęd powietrza w płucach, napawałem się nim. Kiedyś, gdy rozpierała nas energia, wpadliśmy z przyjacielem na pomysł, że pojedziemy na rowerach nad morze. Szczecin leży nad morzem, tak jak Kraków pod Tatrami. Trzeba było dojechać, wymiękliśmy za Dąbiem, przyjaciel wymiękł, ja miałem lepszy rower, ale jego decyzję o powrocie przyjąłem z satysfakcją. Była wiosna, zatrzymaliśmy się przed sklepem, aby się napić, a dziewczynie za ladą sprzedaliśmy szpan, że właśnie wracamy z Międzyzdrojów. Wyglądaliśmy tak, jakbyśmy wracali. Dziewczyny były na wiosnę piękniejsze, ich uśmiechy czarujące – rozpierał nas na każdym kroku wiosenny turgor.
Uderzał i wzniecał zapach wiosny, a jego głównym składnikiem był dym snujący się od działek i przydomowych ogródków. Z pachnącym dymem odchodziła jesień i zima, w odrodzone miejsce wskakiwała radośnie wiosna. Także śpiewem ptaków, w tym kosa, który trelował miłośnie na antenie kamienicy, którą codziennie rano mijałem w dro­dze do szkoły, Kos przylatywał w to miejsce co roku… Pora kończyć ten przedwiosenny kicz i tandetę. Nie wiem, skąd mi się skojarzyło „Przedwiośnie” Żeromskiego, może z prze­­czuciem, naprężeniem, wyzwaniem, obietnicą, doświadczeniem, które kiełkowały w nas na Wybrzeżu po roku 1970. Wielka miała być miłość i polityka. Nazywałem ją sobie Jutrzenką moją:…

BLISKO DO DOMU. Dom w znaczeniu, miejsce gdzie można usiąść, położyć się, odpocząć. A także schronić się, tam mamy swoje miejsce. Można czuć się bezpiecznie. Gdzie wszystko jest na swoim miejscu i działa jak trzeba. Gdzie jest spojrzenie, uścisk dłoni, objęcie, pocałunek. Gdzie jest energia, którą znamy i na którą czekamy. Gdzie jest zapach i dźwięk, które otwierają amfiladę skojarzeń. A w tyle głowy: aby starczyło mi sił, aby jeszcze zrobić parę kroków. Już niedaleko…

Jarosław Kajdański

Share Button